niedziela, 30 marca 2014

30 marca 2014



     Sporo się zbierałam, żeby napisać ten post. W sumie nawet nie wiem, o czym ma być. Wiem tylko, że chcę sobie poukładać w głowie... to wszystko, co jest bałaganem. Ludzi, wydarzenia, uczucia, cele... Nie jestem pewna, czy ktokolwiek powinien to czytać. Z góry przepraszam, jeżeli kogoś urażę, czy... nie wiem. Ogólnie... przepraszam. 
     Nie wiem czy zacząć od negatywów, czy może od czegoś pozytywniejszego? Nie wiem. Może jednak najpierw ta gorsza część postu. 


     Od jakiegoś czasu mój stan psychiczny pozostawia wiele do życzenia. Jestem... nerwowa, opryskliwa, czasem wredna, smutna, zdołowana, obojętna, rozdygotana, zmęczona, bezsilna, NEGATYWNA. Po prostu... Nie umiem w niczym znaleźć pozytywnej strony. Ponadto czuję, że wszystko psuję, że nic nie umiem, że nie zasługuję na nic i nie jestem potrzebna nikomu. Wręcz przeszkadzam. Potrafię jednym słowem... Zniszczyć coś, a potem płakać, że nie mogę tego cofnąć.


     Emot... Nie umiem z nim rozmawiać. Nie umiem. Każda rozmowa prowadzi do kłótni. I to moja wina. Jestem tego świadoma, ale nie umiem nic na to poradzić. On się zmienił. Ja się zmieniłam. Chcę, żeby był szczęśliwy, naprawdę, ale... Zranił mnie. I to się za mną ciągnie.
     Jestem taką osobą, która pamięta wszystko. Każdy cios mi zadany, każdą drzazgę, wszystko. Czasem wypieram z pamięci elementy mojego 'podstawówkowego' życia, ale one nadal istnieją w mojej podświadomości. I to się za mną ciągnie. Uświadomiłam to sobie ostatnio z pomocą bibliotekarki. I teraz... boję się. Że znów zostanę zraniona i to przez bliskie mi osoby.
     Emot był, jest... nie wiem! Jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Nie wyobrażałam sobie dnia bez niego. A teraz muszę tak żyć. Powiedziałam jedno słowo, które go zabolało. 'Dziecinada'. Co prawda, źle zinterpretował to, co chciałam powiedzieć, ale to nie jego wina, tylko moja. Od tamtego czasu nie odzywa się do mnie. W sumie jestem w stanie to zrozumieć. Sama siebie mam dość. Napisałam do niego niedawno, czy jeszcze w ogóle go obchodzę. Powiedział, że tak, ale oboje potrzebujemy czasu, bo wychodzi z założenia, że czas leczy rany.
     Odpowiedziałam mu, że czas tylko maskuje ból i zaciera uczucia. I według mnie taka jest prawda. I myślę, że już nigdy nie będzie tak samo. To boli. Potrzebuję go, ale on mnie nie. On potrzebuje 'czasu'. Bo czymże jestem ja w porównaniu do czasu. 
     Kiedyś był w stanie mówić, że jestem najważniejsza. Ale już nie jestem, jeżeli w ogóle byłam. I nie chcę żeby wyszło, że mam o to wszystko pretensje do Charlotte. Bo nie mam. Tak naprawdę, jestem jej wdzięczna, że w końcu dzięki niej, Emot jest szczęśliwy. Ja nie mogłam mu tego zapewnić. W porównaniu do niej, nie zrobiłam nic. I tak! Jestem zazdrosna. Bo... Bo to Charlotte. Bo nie jestem już mu potrzebna. Przynajmniej nie, gdy jest dobrze. Nie zrozumcie mnie źle. Ale czuję się jak wyjście awaryjne.
     Niektórzy... Po prostu wiedzą, że mogą na mnie polegać i nie odmówię pomocy. Ale gdy już wszystko jest w porządku... o Zapomnianej... się zapomina. Stąd wzięła się moja nazwa. Koło ratunkowe, awaryjny przyjaciel.. to ja. Ja, o której nie warto pamiętać, gdy jest już dobrze. I to boli. Mimo tego, że ktoś jest wdzięczy za pomoc. Potem jednak zapomina. 
     Zapomnienie wypala dziurę w sercu. Trudno ją uleczyć i prawie zawsze zostaje blizna. Niektórzy robią dziurę, zalepiają ją tylko a potem znów odlepiają i tak w kółko. Dlaczego nie umiem powiedzieć 'nie'?
     Pod tym względem nie jestem asertywna. Pod każdym innym tak, ale nie jeżeli chodzi o taką pomoc. Co mam na to poradzić? 
     Czułam się potrzebna Emotowi. On chyba też czuł się potrzebny. Był potrzebny. Jest potrzebny. Ale... Ale co? Wyszedł z tego? Potrzebuje czasu? Przyjaciele nie potrzebują czasu. Zawsze tak myślałam. Może się myliłam. Ale wiem, że jeżeli już tydzień beze mnie nie robi mu różnicy... Reszta życia też nie zrobi.
     Emot ma zdolność wyłapywania z wypowiedzi jednego stwierdzenia, pytania itp. i zajęcia się nim. I tylko nim. Jest to dla niego bezpieczne. Umie się bronić, wzbudzić we mnie poczucie winy, zmienić temat. Myślę, że nie jest tego świadomy. Niepokoi mnie to, że w każdej rozmowie ze mną to się pojawia. Ale to raczej moja wina.
     Jestem rozdarta. Od początku byłam. Może nie tyle od początku co od poznania Gnijącego. Pokochałam go i oboje stali się częścią sensu mojego życia. W czasie, gdy Emot był... zajęty, to Gnijący zawsze był przy mnie. Często ich godziłam, mimo, że moje drugie 'ja' wiedziało, że ich związek i tak... nie ma przyszłości. Bałam się o to, jak będzie. O przyszłość. Ale nie przewidziałam takiego scenariusza.
     I znów rozdarcie. Z jednej strony: to super, że Emot dojrzał i znalazł siebie, a z drugiej... Co będzie z Gnijącym? Przecież on go kocha i... załamie się. I wiecie co? Gdyby Emot załatwił to inaczej. Delikatniej, wolniej... wszystko inaczej by wyglądało. Nie zwalam na niego winy, żeby nie było, ale... to wszystko się źle potoczyło. Poza tym bardzo szybko znalazł Charlotte i to było... bolesne. W szczególności dla Gnijącego. To nie było fair. W dodatku jego posty na blogu były... JEZU TO NAPRAWDĘ BOLAŁO. Z resztą pisałam już o tym, nie chcę się powtarzać.
     Nie napiszę, że moim marzeniem, jest żeby było jak dawniej, bo wiem, że marzenia się nie spełniają. Problem w tym, że ja naprawdę tego chcę. Może nie koniecznie tego, że Emot i Gnijący są razem, ale cała nasza cudowna trójka nadal się kocha i przyjaźni... 
     Nie ma sensu roztrząsać kogo to wina. Bo chyba każdego po trochu. Ale jak to naprawić? Chyba muszę się modlić o rozwiązanie tego, co się dzieje. Boli mnie brak Emota. Boli mnie to, że nie jestem mu potrzebna. Czuję się, jakbym straciła na wartości. Tak się czuję.
     Nie wiem jak ładnie zakończyć ten wątek. Może po prostu przeproszę. 


Emot.... przepraszam.
Przepraszam za:
zazdrość,
złość,
rozdrażnienie,
wściekłość,
przygnębienie,
ból,
strach,
za to, że się zmieniłam.
Choć wychodzę z założenia,
że nie był to mój wybór.
Za to, że nie umiem pojąć i zaakceptować zmian,
że nadal chcę być w Twoim życiu kimś ważnym.
Powinnam się schować.
Dać odpocząć.
Dać Ci możliwość ucieczki.
Bo jestem destrukcyjną osobą.
Przeproś ode mnie Charlotte.
I powiedz jej, że tak naprawdę jestem jej wdzięczna.
I że jestem o nią zazdrosna,
bo jest lepsza ode mnie.
I w tym momencie zachowywałam się
jak pusta, zazdrosna lala,
którą chyba jestem.
I nie uważam, że to jej wina.
Ona tylko (aż) Cię uszczęśliwiła.
Kocham Cię
i proszę, bądź szczęśliwy.
I jeżeli chcesz uciec...
zrób to teraz.



     Nie chcę opowiadać o Nim i o Niej. Nie pamiętam ja Ją nazwałam... Nic nie pamiętam. Po prostu teraz jest dobrze i to się liczy.
    Rozmawiałam z Nią ostatnio. To była bardzo oczyszczająca rozmowa. Przynajmniej dla mnie. I rozumiem Ją bardziej niż dotychczas. Zdałam sobie też sprawę, z paru rzeczy. Ostatnio jest taki czas, gdy doznaję olśnienia. Tak było przy tej rozmowie, przy czytaniu książek, czy przy rozmowie z bibliotekarką. 
      Pani bibliotekarka z biblioteki publicznej jest niesamowitą osobą. Jesteśmy w sumie podobne do siebie. Potrafi mnie zrozumieć. I wcale nie czuję tego, że jest w wieku mojego taty. Choć naprawdę nie wygląda. Rozmawiamy o niej, o jej dzieciach, rodzicach, młodości i błędach w życiu, ale również o mnie, o Nim, o Kawie, o tym jak się czuję psychicznie, czego się boję i co tak naprawdę czuję.
     Ostatnio rozmawiałam z nią o tym, że A wyjechał za granicę i już nie wraca, że z Nim i Gnijącym nie mogę się spotkać, że Kawy często nie ma w szkole i nie zawsze mogę z nią porozmawiać, o Emocie nie wspominałam. Nie wiedziałabym, co mam jej powiedzieć. W pewnym momencie popatrzyła na mnie i powiedziała naprawdę cicho i delikatnie
"Ty chyba czujesz się bardzo samotna..."


     Miała rację. Ma rację. Zacisnęłam usta w kreskę, zgięłam palce, a potem przygryzłam wargę i pokiwałam głową ze łzami w oczach.  Tego dnia dużo razy mało się nie rozpłakałyśmy. Tak naprawdę jest jedyną osobą, z którą potrafię rozmawiać. Nie pisać, tylko rozmawiać. Nie umiem rozmawiać z nikim. Nawet z mamą. I nie prawda, że to przez internet, bo tak było od zawsze.
     Nawet jak byłam mała, pisałam mamie listy gdy o coś chciałam poprosić, albo przeprosić. I chyba tak mi zostało. Muszę się spieszyć, bo mam dużo lekcji i naprawdę dużo do opisania.
     Jak już wspominałam, A wyjechał za granicę na stałe. W głębi duszy czułam, że tak będzie, ale również miałam nadzieję, że jeszcze nie teraz. 


     Tak naprawdę nie pożegnał się ze mną, nie wyjaśnił nic. Wyjechał bez słowa, mimo że o tym wiedziałam i oznajmił, że nie wraca dopiero gdy sama zaczęłam do niego pisać. Miałam o to żal. Ale przeszło mi, bo to A. Na A nie da się gniewać. A ma urok w sobie, który każdego kasuje. 
     Piszemy od czasu do czasu, interesuje się mną, mówi, że przyjedzie w wakacje i pójdziemy na spacer. Tęskni za moimi rozkminami, ale... wiem, że tam jest mu lepiej. Cieszę się, że w końcu nie cierpi.
    Tylko, że teraz ja cierpię jeszcze bardziej. Gdy nie ma Kawy, Elf ma mnie w dupie i cała reszta świata też.. Nie ma nawet A. Nie ma go, żeby usiadł obok mnie na ławce i zapytał jak leci. Nie ma A, żeby zabawnie uderzyć moją rękę, gdy się przypadkiem skaleczę. Nie ma A, żeby posłuchać, zrozumieć, wyjść i pomilczeć. Nie ma. Nie sądziłam, że aż tak bardzo będzie mi go brakowało...


     Z resztą nie tylko za nim tęsknię. Co mam powiedzieć o Gnijącym, albo Nim? Gnijący ma daleko, w dodatku mój laptop się zepsuł (nie wspominam, że jestem wściekła i zrozpaczona na myśl, że moje wszystkie dane mogą zginąć) i nie mogę go widywać nawet na Skype. W dodatku mam wrażenie, że jest z nami coraz gorzej. Coraz smutniej i bardziej beznadziejnie. Chcę znów się z nim śmiać. Co się dzieje?
     Z Nim jest w sumie dobrze. Teraz. Nie chcę o tym pisać. Nie chcę znów płakać. Problem w tym, że kolejną rzeczą z jakiej sobie sprawę, jest to, że tak właściwie... nie wiem co do Niego czuję! Wiem, że brzmi to dziwnie, ale... ale tak jest. Wiem, że go kocham. Ale czy jestem zakochana? Mogłam przyzwyczaić się do tego uczucia. W sumie to ono może mnie blokuje? Tylko, że mi w tym układzie jest dobrze. Może nie do końca, bo brak mi tego realnego kontaktu, ale wolę to niż... inne czasy, które przeżywaliśmy. W zasadzie boję się wykroczyć poza to, co jest teraz. Jak wspominałam... nie umiem rozmawiać. I myślę, że On może się tym rozczarować.


     Kolejna rzecz, z której zdałam sobie sprawę, to EGZAMINY! Przecież to już w kwietniu. Nauczyciele (chyba pierwszy raz) mieli rację. Ten czas bardzo szybko zleciał. A ja nie umiem nic. Staram się wkuwać, ale nie mam pojęcia jak mi to idzie. Przede mną ciężki czas i nie wiem jak to przeżyję. W końcu w klasie, do której startuję, jest tylko 28 miejsc. Czuję, że wyląduję jednak nie tam, gdzie chcę. Boję się tego co będzie. Naprawdę. 


     Pozytywy? Czytam dużo książek, muszę przygotować zdjęcia do konkursu szkolnego i opowiadanie, a raczej 'mini książkę' na konkurs Victora i wiele innych rzeczy, które mnie zajmują. Muszę poprosić Jego o pomoc, ale on i tak ma dużo na głowie. No i ma Ją. Więc... będę musiała sobie jakoś poradzić
     Chcę na koniec podziękować. Trzem osobom. 


Kawa!
Jesteś ze mną, 
z markotną
i niezmiernie wkurzającą mną.
Znosisz mnie.
Ostatnio nawet zmusiłaś do wypłakania się!
Za co ogromnie Ci dziękuję.
Mimo że wiem, że czasem nie jesteś
w stanie mnie zrozumieć,
słuchasz i po prostu jesteś.
Przepraszam, że...
(jestem tego [po czasie] świadoma)
nie daję Ci normalnie żyć.
Przepraszam za moje fochy
i inne głupoty,
na które nie zasługujesz.
I przepraszam, że nie jestem
przyjaciółką na jaką naprawdę
zasługujesz.
I proszę.
BŁAGAM!
Gdy jest coś ze mną nie tak,
gdy jestem wredna,
okropna,
zła i nie do wytrzymania...
powiedz mi o tym.
Mów i ściągaj na ziemię!
Kocham Cię Stara.

Gnijący!
Bez Ciebie...
nie wiem co bym zrobiła.
Dziękuję, 
że gdy jestem w rozsypce
próbujesz mnie składać jak puzzle.
Dziękuję, że mnie nie olewasz,
nie wypominasz licznych,
licznych,
licznych, licznych 
błędów.
Że nie wierzysz we wpojoną mi prawdę.
Że nie przyznajesz
mi racji i jesteś uparty.
Przepraszam, że nie umiem Ci pomóc....
Przepraszam,
że nie jestem taką przyjaciółką,
na jaką naprawdę
zasługujesz.
Dziękuję za książki,
które pomału zmieniają mój świat.
Dziękuję, że jesteś i przepraszam,
że czasem jestem
nie do wytrzymania.
Kocham Cię bardzo, bardzo mocno
i tęsknie.

Kochanie!
(Bo ja inaczej to zacząć O,o?)
Dziękuję, że pomogłeś mi zdobyć
z geografii 3,
że dałeś nadzieję,
że znów dałeś nadzieję,
i że dałeś natchnienie.
Dziękuję, że jesteś gdy do Ciebie napiszę,
że nie oceniasz mnie od razu,
że starasz się zrozumieć.
Dziękuję za naszyjnik.
Jest dla mnie najbardziej wartościowym naszyjnikiem,
jaki kiedykolwiek miałam.
Przepraszam,
że nie jestem taką przyjaciółką
na jaką zasługujesz.
Przepraszam, że pewna cześć mnie
zawodzi.
Przepraszam, że zazwyczaj
nie mogę przy Tobie być
tak jak bym chciała.
Przepraszam, że czasem
jestem nie do wytrzymania.
Że panikuję i
robię z igły widły.
Że nie zawsze
jestem w stanie Ci pomóc...
Kocham Cię 
i strasznie tęsknię...

FRIENDS ♥

Zapomniana


wtorek, 4 marca 2014

4 marca 2014

     Jestem w szkole, mam wolną godzinę i wielką potrzebę wyrzucenia wszystkiego z siebie w tym momencie. Nie mam ochoty wchodzić na tumblr i szukać obrazków, co pewnie i tak zrobię jak wrócę ze szkoły. Albo i nie... ciężka sytuacja w zasadzie.
     Od wczoraj wszystko zapowiadało się beznadziejnie. Choć raczej wcześniej niż wczoraj. Moja babcia ma problemy z sercem i nie jest z nią najlepiej. Mama powiedziała, że chciałaby do niej jechać i wczoraj załatwiła sobie urlop. Była zajęta pakowaniem, pouczaniem, załatwianiem wszystkiego co potrzebne i położyła się tak wcześnie, że nie miałam okazji jej nawet przytulić. Powiedziałam sobie, że dziś rano to zrobię, ale gdy wstałam jej już nie było. Tata nie patrząc na mnie powiedział, że o piątej już wyjechała i w tym momencie jest jakieś dwieście kilometrów od domu. Smutno.
     Wczoraj był dzień organizacyjny. Przydzielenie obowiązków, zadań i tak dalej. Mam odbierać moją siostrę z podstawówki, gotować, sprzątać kuchnię. D musi sprzątać pokój, a M tylko korytarz. Wspominałam, że nienawidzę być najstarsza? Jeżeli nie, to wspominam. 
     Oprócz tego mnóstwo pouczeń, żeby pomagać babci, żeby jej nigdy nie odmawiać, utrzymywać porządek, przytakiwać wujkowi i tak dalej. Z tym przytakiwaniem wujkowi to jest cięższa sprawa, bo on mówi swoje, często coś denerwującego i ubliżającego, ale nie mogę nic odpowiedzieć, bo okazałoby się, że jestem niewychowana. Dlatego nauczyłam się go ignorować. Na co dzień, ale gdy codziennie przychodzi pięć razy i ciągle ględzi...psychika musi być naprawdę silna, by sprostać takiemu zadaniu, a powszechnie wiadomo, że ja silnej psychiki nie posiadam...
     Wczoraj przyszedł i zaczął gadać o wojnie. Ja jak to ja zdenerwowałam się i przestraszyłam. Ale nic nie przebije jego zdania skierowanego do mojej mamy: "Tylko, żebyś wróciła...". Myślałam, że wstanę i: a) albo rzucę się na niego b) albo zacznę krzyczeć c) albo 'wymownie' pójdę do pokoju. Ostatecznie siedziałam gdzie siedziałam, a gdy wszyscy wyszli- rozpłakałam się.
     Dziś w szkole też nie zapowiadało się za 'fajnie'. Wobec tego, że miały być trzy kartkówki z geografii, matematyka i chemia. Wczoraj próbowałam się uczyć, ale nie zdołałam. Gnijący chyba przeze mnie dostawał szału... (przepraszam...). Napisałam do Niego, ale nie odpisywał. I sobie płakałam. Potem odpisał i trochę mnie uspokoił, ale nie ważne. To znaczy ważne, ale nie do tego zmierzam.
     Okazało się, że zrobiła nam jedną kartkówkę z tego, czego akurat W OGÓLE nie ogarnęłam. W czwartek (chyba, już nie wiem) kolejna. No i tak się zaczął dzień. Potem chciałam napisać do mamy. Siedziałam pod grzejnikiem na korytarzu i wyjęłam telefon. Nie zauważyłam tylko jednego, istotnego szczegółu. Pani dyrektor... Podeszła do mnie z szatańskim uśmiechem na twarzy i wyciągnęła rękę. Na nic nie zdały się błagania...
- Kiedy mogę spodziewać się zwrotu?
- Gdy na przykład mama po niego przyjdzie.
- Mamy nie ma - pytający wzrok- na Ukrainie/
- To tata, babcia, ciocia, wujek.
- Nic... nie mogą.
- Kiedy mama pojechała?
- Dziś...
- No cóż. Ktokolwiek...- podreptała swoją drogą, a ja schowałam głowę w kolana i... zaczęłam ryczeć.
     Nie dość, że chciałam napisać do mamy, to dodatkowo czekałam na jakiegoś sms a od niego, bo wysłałam mu wiadomość. Nie mogłam się opanować... no nie mogłam. Płakałam, ryczałam i na EDB również. Nie wziął mnie do RKO i jestem mu za to wdzięczna, bo zaczęłabym uciskać klatkę manekina i w pewnym momencie płacząc wtuliłabym się w plastikowego człowieka....
     Ale oddała mi go. Ale z takim tekstem, że znów ryczałam... Opowiem o tym później. Teraz idę, bo wf (i tak nie ćwiczę). Postaram się jeszcze coś dziś dodać... Miłej reszty dnia.

Zapomniana

PS: Zastanawiam się, czy znów nie zacząć liczyć dni.