sobota, 8 listopada 2014

8 listopada 2014

     Myślałam, że to będzie miesiąc najgorszych wpisów w historii tego bloga, ale nie. Nie koniecznie i nie do końca. Może zacznę od tych negatywnych aspektów...
     Znów zawiodłam. Tym razem Kawę. Nie mam siły pisać, o co chodzi, bo już dziś za dużo razy płakałam. Tak czy inaczej, zawaliłam. I jestem tego świadoma. I nie wiem co mam robić. I nie mam siły. Znów zawiodłam. Oprócz tego Emot się nie odzywa, boli mnie to, ale nic na to nie poradzę. Skoro mi nie odpisuje... pewnie ma powód. Gnijący... Tak. Nie. Nie wiem. Chyba nie powinnam... Ja już po prostu nic nie wiem.
     On jest przy mnie i to mnie jeszcze trzyma na nogach... Bardzo mu za to dziękuję. To jedyna osoba, która jest przy mnie i sprawia, ze zapominam, bądź wierzę w to, że nie zawsze zło jest z mojej winy. Pluso-minusem jest fakt, że coraz bardziej lubię nową szkołę. To niby dobrze, ale ja chciałam się przenieść, a teraz nie wiem co mam robić. Z jednej strony chcę być blisko Niego, a z drugiej się boję. Koleguję się z Tatoo, lubię się z nią bić na lekcjach, ale nie chcecie wiedzieć, jak wyglądają nasze zeszyty i podręczniki ;-; Różnimy się w zasadzie diametralnie, ale dobrze nam siedzieć razem. Odwala nam konkretnie. Tak sam ze Skautem xD Ale Skaut to gówno. Z resztą jak ja. Chamidło jakich mało, ale co poradzę na to, że go uwielbiam?
     Poza tym poznałam Miśka. Misiek jest bardzo podobny do mnie. A raczej ja jestem podobna do niego, bo jest rok starszy. Znamy się mega krótko, a mam wrażenie, jakbym od dzieciństwa się z nim zadawała. Przy nim... czuję się bezpiecznie. Jakbym zatrzymała czas i nie musiała się o nic martwić. W piątek byliśmy w parku i rozmawialiśmy godzinę siedząc na ławce. Jutro też się spotkamy, bardzo się cieszę. 
     Oprócz tego poznałam kilka osób z pewnej grupy tanecznej, uwielbiam ich. Namawiają mnie, żebym do nich dołączyła, ale... Kurczę. Nie chcę do nich dołączyć, a potem zawieść odchodząc, bo się przeprowadzam. Muszę wszystko przemyśleć. 
     Jutro mam nadzieję, że będzie dobry dzień. Spotkanie z Miśkiem, a potem do teatru z Soo. Oby nic się nie popsuło, a znając mnie i moje szczęście... No właśnie. 
     Na dziś to wszystko. Nie chcę pisać o niczym złym. Nie teraz. 

Zapomniana

niedziela, 2 listopada 2014

sobota, 1 listopada 2014

1 listopada 2014


Tęsknię za nim. Moje zmysły wariują. Już nic nie pomaga. Nawet taniec. 

Dancing in the dark
To cure my heart
Oh ,dancing in the dark
Oh, to cure my heart
Oh, dancing in the dark

Another random night ,try to feel alive
I KEEP running on, away from the sun
Hunted by your shade, a permanent ache
Try to find myself but the feeling is gone

With every breath I take, I lose my intuition
Drowin’ in teardrops, fight against the lust
Pictures of the past, the pain comes crashing down on me
I remember us
But those feelings are wrong

Dancing in the dark
To cure my heart
Oh ,dancing in the dark
Oh, to cure my heart
Oh, dancing in the dark

Listen to the beat, starrin’ at our seats
I keep dancing on, they’re still playin’ our song
Snow glows through my mind
It makes you comin' back to me
Just that one more time but your feelings are gone

Why can’t you fight about us
Why can’t we fight about us
Why can’t you fight about us
Why can’t we fight about us

We’re innocent creatures that’s what they wanna teach us
Forget to tell you what to do when
All your feelings are gone

Dancing in the dark
To cure my heart
Oh ,dancing in the dark
Oh, to cure my heart
Oh, dancing in the dark


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

18 sierpnia 2014


Cześć Gnijący Panie Młody!
     Przyszła pora na Twój post urodzinowy. Pomyślałam sobie, że napiszę go w formie listu. Podejrzewam, że będzie to strasznie chaotyczne, ale chyba dasz radę dobrnąć do końca. No i wiszę Ci jeszcze paczkę urodzinową hehehe.
     Nie wiem czy jest sens składać życzenia. Wiesz, że życzę Ci żebyśmy mieszkali trochę bliżej siebie. Kocham Cię bardzo i po prostu  życzę wszystkiego co najlepsze. I w zasadzie nie wiem jak powinien wyglądać taki urodzinowy post... Może po prostu jak normalny list? W zasadzie nie wiem czy będziesz mógł traktować to jako post urodzinowy... Po prostu przeczytaj. 
     Dziś wyjechałeś. Ten tydzień z Tobą był najcudowniejszym w moim życiu. Pewnie Ci już o tym wspominałam. Dziś skończę płakać. Mam nadzieję. Nie chcę, żebyś się na mnie zawiódł. Czas spędzony z Tobą może wydawać się mało owocny, ale nawet nie jesteś świadomy ile słów zainstalowało się w moim sercu na bardzo, bardzo długo. Może pewne sprawy nie docierały do mnie wcześniej, ale teraz, gdy mogłam zobaczyć szczerość w Twoich oczach i usłyszeć powagę w głosie- uwierzyłam. 
     Teraz odrobinę boli. Ale to dobry ból, wiesz? Taki jak po siedmiu godzinach tańca dającego mi szczęście. Jesteś teraz wszędzie. Z jednej strony to coś cudownego, a z drugiej... tęsknię dziesięć razy bardziej niż tydzień temu. 
     Co jakiś czas wybucham płaczem. Na przykład przy wstawianiu wody na herbatę czy wchodzeniu do sypialni, w której spałeś. Wiem, to komiczne. Ale przyzwyczaiłam się do tego, że pytasz mnie czy wystarczająco dużo wody wlałeś do czajnika, do budzenia Cię krzykiem z samego rana. Mój mózg automatycznie kieruje mnie do łóżka żeby przytulić się do Ciebie i obejrzeć cztery filmy pod rząd. Patrzę na ten nieszczęsny opiekacz i coś ściska mi serce. Uśmiecham się. 
     Powiedziałeś, że rozstajemy się tylko na chwilkę. Że zaraz wrócisz. I zrobisz mi tosta. Wierzę Ci. I czekam. Może sprzątnę w pokoju do tego czasu, jak myślisz? 
     Boję się, że gdy wrócę do domu poduszka już nie będzie pachnieć Tobą. Ale gdy zamykam oczy widzę Twoją twarz. Oczy z rozszerzonymi źrenicami, pogryzione usta. Potem zaciskam dłoń i czuję Twój lekko drapiący policzek. Zaciskam oczy uwalniając łzę. Przytulasz mnie, wbijasz palce w żebra żeby mnie połaskotać. Znów się uśmiecham. 
     Tęsknię. Zawsze będę. Ale za chwilę przyjedziesz. I znów nie będę się bała oglądać tych wszystkich horrorów. I znów nie wypełnimy naszego nieistniejącego planu. I znów będzie idealnie w swoim naturalnym chaosie. Rzucę się na Ciebie jak głupia i pójdziemy wypić herbatę.
     Dziękuję Ci za wszystko. Za to, że dotrzymałeś słowa. Że znosiłeś mnie przez ten tydzień. Dziękuję za ten cholernie długi spacer. Dziękuję, że nie zwracałeś uwagi na moją niepomalowaną twarz, że miałeś gdzieś potargane włosy. Dziękuję, że mogłam być przy Tobie po prostu sobą. Dziękuję, że byłeś i jesteś i proszę Cię- bądź dalej.
     Kocham Cię bardzo, bardzo mocno. Mimo, że kłócimy się i jesteśmy za równo tacy sami i zupełnie inni wytrzymujemy ze sobą. Czasem ledwo, ale jednak!
     Przepraszam.... za wiele rzeczy. Że nie jestem taka jakiej mnie oczekujesz. Przepraszam za mój smutek, za złość i fochy. Za denerwowanie i niezdecydowanie. Ale przecież wiesz, że Cię kocham. 
     Dziękuję, proszę i przepraszam. Tęsknie i kocham. Na pewno zapomniałam o czymś istotnym- jak zawsze. Ale mamy czas. Dużo czasu. 
Do zobaczenia słońce.
Już za chwilę.
Twoja- NaFaros
PS: My dałny. Ach ta jagoźdź. 



poniedziałek, 30 czerwca 2014

30 czerwca 2014

     Nie umiem się zebrać, by cokolwiek napisać. Jest się sporo do opisania i chyba dziś to zrobię. Muszę się gdzieś wyżyć. Do końca. Dziś dzień wyżywania.
     Zacznę od najmłodszych wydarzeń. Dziś około 18.30 postanowiłam ubrać się w jakieś spodnie, męską kurtkę i trampki i iść na spacer. Wiedziałam jednak, że na chodzeniu nie przestanę. Chciałam coś zrobić. Włożyłam słuchawki do uszu, włączyłam Eagels of death metal i... zaczęłam biec. Tak. Ja. Biegłam. I to spory kawałek jak na mnie. Bolało mnie wszystko, ledwo oddychałam, ale uśmiechałam się, prawie śmiałam. Padał deszcz. Muskał moje policzki i usta. Odświeżał powieki. Zmywał cały ból. To był jeden z najcudowniejszych spacerów w moim życiu.
     Do domu wróciłam cała morka. Wyglądałam jakby  ktoś wylał na mnie wiadro z wodą. Mama patrzyła na mnie jak na głupią widząc zaciesz na mojej twarzy. Zjadłam jajecznicę i poszłam pod prysznic. Ale wszystko wraca.


     Wczoraj dostałam wiadomość od A. Nie wiedziałam o co chodzi, ale cieszyłam się, że napisał. Otworzyłam messenagera i przeczytałam 'Kiedy na spacer?'. Zaczęłam skakać z radości. PRZYJECHAŁ! W KOŃCU! Myślałam, że się 'zaskaczę' na śmierć. Szybko odpisałam, że jutro (dziś) i pogadaliśmy chwilę, po czym poszedł spać.
     Niestety z powodu pogody nie spotkaliśmy się i obiecał, że zrobimy to jutro. Nie mogę się doczekać. Bardzo za nim tęskniłam. Nie pisaliśmy zbyt wiele, bo nie miał takiej możliwości, ale przyjechał. Będę mogła się wygadać. 

     Pojechałam dziś złożyć papiery do szkoły. Jestem w 99,9% pewna, że mnie przyjęli. Mam nadzieję, że będę w klasie z Kawą i Cichą. Nie wiem, czy będą jacyś faceci. Fajnie by było. Tak czy inaczej, lista będzie w czwartek. W piątek muszę jechać podpisać papiery, a przedtem zrobić sobie jeszcze zdjęcie. No i mam zamiar wybrać się na basen. Ogólnie mam dużo do zrobienia.


    Od piątku do niedzieli byłam w mieście. W piątek był koncert pod zamkiem (moja ciocia jest organizatorem takich imprez) i pojechałam tam pociągiem z Kawą i Cichą. Spotkałyśmy Fionę i.... i spodobał mi się Len.... Kur*a nie mogę z tych moich pseudonimów. No nie ważne. Po koncercie było sprzątanie scen i tak dalej więc w łóżku byłam dopiero o 2.30 nad ranem. Miałam nadzieję, że się wyśpię, ale nie! Moja siostra cioteczna obudziła mnie o ósmej waląc poduszką z całej siły i krzycząc, że koniec leniuchowania albowiem jedziemy na zakupy. Wygramoliłam się, zjadłam (z trudem) śniadanie, sprzątnęłyśmy i pojechałyśmy na zakupy. Najpierw rossman. Uwielbiam zakupy z moją siostrą, bo uwija się tak szybko, że nie zdążę nawet się znudzić. Potem biedronka. Mój humor pozostawiał wiele do życzenia, plus pisałam z Nią. Nie zepsuła mi humoru, tylko chyba po prostu sam fakt, że rozmawiam z kimś, kto humor ma, mnie drażnił. Byłam zdołowana. Miałam wrażenie, że każdy chce mnie zdenerwować. W końcu popłakałam się pod biedronką... Starałam się założyć maskę. Udało się to, ale tylko prze chwilę. Wsiadłyśmy do samochodu i moja sis zaczęła coś mówić, zdenerwowała się z lekka, że jej nie odpowiadam i klepnęła mnie w udo. Krzyknęłam, że to boli, ona zaśmiała się i odpowiedziała 'Co jakby twój chłopak ci tak zrobił?'. Po moim policzku spłynęła gigantyczna łza. "Ale ja nie mam chłopaka. Nie mam nikogo" mówił głos w mojej głowie. Zauważyła, że płaczę. Chciała wypytać, co się stało, ale sama nie wiedziałabym, co mam jej odpowiedzieć. Szepnęłam, że nie wyspałam się i nie wracałyśmy do tematu. 
     Potem kupiła mi spodenki i koszulkę na imprezę, która miała odbyć się tego dnia, a potem wróciłyśmy do mieszkania. Rozpadało się, ciocia zasnęła, a potem leciałyśmy na łeb na szyję na plac, by się nie spóźnić. Większość była już przygotowana, ale ciocia musiała wszystko nadzorować. 
     Spotkałam chłopaka z mojego pierwszego obozu, a właściwie dwóch i Biebera z innych lat. Udawał, że mnie nie zna. Cham. No i poszłyśmy z ciocią po DJa (Gabriel). Okazał się niesamowicie pozytywną osobą, polubiłam go, a on mnie. Za imię. Okazało się, że miał 9 lat dziewczynę o moim imieniu. Dostałam od niego płytę i gadaliśmy. 
     Potem poszedł do chłopaków od nagłośnienia, a ja szukałam moich dziewczyn: Fiony i Matki Teresy. Nie pytajcie. Nie mogłam ich znaleźć. Okazało się, że na imprezie będzie grał jeszcze DJ, którego poznałam na festynie w maju.  Podszedł do mnie ten Gabriel i pyta, gdzie ciocia, więc poszukaliśmy jej. Znalazła się, potem znów pogadaliśmy i poszliśmy do DJa nr 2. Zrobił duże oczy jak zobaczył, że gadam z jego idolem. Zapytał czy gramy dziś k-pop no i gadaliśmy we trójkę. Potem poszłam do dziewczyn. Wspominałyśmy dawne czasy. Tęsknię za obozami. 
     Potem zaczęła się impreza, tańczyliśmy, dostałam chyba z 5 razy pozdrowienia ze sceny i było fajnie, ale dziewczyny szybko poszły i zostałam sama. Trochę smutno. Tańczyłam sama. Płakałam śmiejąc się. Potem założyłam maskę. Już po imprezie. Pijani ludzie się rozeszli, DJe zaczęli zbierać sprzęt, ochrona sprawdzała teren, ciocia podpisywała umowy, a ja co chwilę latałam do samochodu po dokumenty.
     Potem zebraliśmy się w kółku, ja, moja ciocia, szef ochrony, Gabriel i dwie pracownice mojej cioci. Było zabawnie. No i przyszła pora się pożegnać. Gabriel mnie przytulił ' Wiesz jak jest Esterka' i pojechałyśmy do mieszkania. Przejrzałam facebooka, dodałam coś na instagrama i o 1 byłam w łóżku. Następnego dnia spałam do 11.30, zjadłam i pojechałam do domu. 


     Założyliśmy zespół. Jestem w nim ja, moja siostra, Pieprz i Narumi. Nie mogę podać prawdziwych pseudonimów. Menagerem jest Kawa. Jest zabawnie. Będziemy sobie tańczyć.
     Zakumplowałam się z Narumi. Jest dwa lata ode mnie młodsza, też ma fioła na punkcie Azji. Uwielbiam ją. Nocowała u mnie jakiś czas temu i było bardzo fajnie. 



     Nie wiem, co mam jeszcze napisać. Jest tego sporo, ale to zbiorę informacje z poprzednich, zaczętych wpisów i coś wykombinuję. Teraz jestem zmęczona.
     No i ogłaszam kolejną serię. Lipiec pod znakiem bloga. Postaram się codziennie dodawać jakąś notkę. Nie koniecznie związaną z wakacjami, ale jednak. Oprócz tego zrobię taką akcję na instagramie, ale to chyba na całe wakacje. Dodatkowo zacznę ćwiczyć i nadrobię zaległości w matematyce z gimnazjum. Nie wiem jak to będzie w liceum.
     A! Właśnie! Egzaminy poszły mi całkiem całkiem, gdyby nie rozszerzony angielski, ale nie ważne. Jestem w miarę zadowolona. O! Emot w Londynie. Gnijący gnije. W sensie jest chory. Biedny. Tęsknię za nim. Może to dziwne, bo piszemy teraz, ale tęsknię. No i tęsknie za Nim. A Władysław ma dziewczynę. A Król już mnie nie kocha. 
     No jeszcze dużo do opisania, ale to innym razem. Dobranoc Wam.
Zapomniana
PS: Przepraszam za wszystkie błędy, ale nie mam siły dziś nic sprawdzać i poprawiać.

niedziela, 30 marca 2014

30 marca 2014



     Sporo się zbierałam, żeby napisać ten post. W sumie nawet nie wiem, o czym ma być. Wiem tylko, że chcę sobie poukładać w głowie... to wszystko, co jest bałaganem. Ludzi, wydarzenia, uczucia, cele... Nie jestem pewna, czy ktokolwiek powinien to czytać. Z góry przepraszam, jeżeli kogoś urażę, czy... nie wiem. Ogólnie... przepraszam. 
     Nie wiem czy zacząć od negatywów, czy może od czegoś pozytywniejszego? Nie wiem. Może jednak najpierw ta gorsza część postu. 


     Od jakiegoś czasu mój stan psychiczny pozostawia wiele do życzenia. Jestem... nerwowa, opryskliwa, czasem wredna, smutna, zdołowana, obojętna, rozdygotana, zmęczona, bezsilna, NEGATYWNA. Po prostu... Nie umiem w niczym znaleźć pozytywnej strony. Ponadto czuję, że wszystko psuję, że nic nie umiem, że nie zasługuję na nic i nie jestem potrzebna nikomu. Wręcz przeszkadzam. Potrafię jednym słowem... Zniszczyć coś, a potem płakać, że nie mogę tego cofnąć.


     Emot... Nie umiem z nim rozmawiać. Nie umiem. Każda rozmowa prowadzi do kłótni. I to moja wina. Jestem tego świadoma, ale nie umiem nic na to poradzić. On się zmienił. Ja się zmieniłam. Chcę, żeby był szczęśliwy, naprawdę, ale... Zranił mnie. I to się za mną ciągnie.
     Jestem taką osobą, która pamięta wszystko. Każdy cios mi zadany, każdą drzazgę, wszystko. Czasem wypieram z pamięci elementy mojego 'podstawówkowego' życia, ale one nadal istnieją w mojej podświadomości. I to się za mną ciągnie. Uświadomiłam to sobie ostatnio z pomocą bibliotekarki. I teraz... boję się. Że znów zostanę zraniona i to przez bliskie mi osoby.
     Emot był, jest... nie wiem! Jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Nie wyobrażałam sobie dnia bez niego. A teraz muszę tak żyć. Powiedziałam jedno słowo, które go zabolało. 'Dziecinada'. Co prawda, źle zinterpretował to, co chciałam powiedzieć, ale to nie jego wina, tylko moja. Od tamtego czasu nie odzywa się do mnie. W sumie jestem w stanie to zrozumieć. Sama siebie mam dość. Napisałam do niego niedawno, czy jeszcze w ogóle go obchodzę. Powiedział, że tak, ale oboje potrzebujemy czasu, bo wychodzi z założenia, że czas leczy rany.
     Odpowiedziałam mu, że czas tylko maskuje ból i zaciera uczucia. I według mnie taka jest prawda. I myślę, że już nigdy nie będzie tak samo. To boli. Potrzebuję go, ale on mnie nie. On potrzebuje 'czasu'. Bo czymże jestem ja w porównaniu do czasu. 
     Kiedyś był w stanie mówić, że jestem najważniejsza. Ale już nie jestem, jeżeli w ogóle byłam. I nie chcę żeby wyszło, że mam o to wszystko pretensje do Charlotte. Bo nie mam. Tak naprawdę, jestem jej wdzięczna, że w końcu dzięki niej, Emot jest szczęśliwy. Ja nie mogłam mu tego zapewnić. W porównaniu do niej, nie zrobiłam nic. I tak! Jestem zazdrosna. Bo... Bo to Charlotte. Bo nie jestem już mu potrzebna. Przynajmniej nie, gdy jest dobrze. Nie zrozumcie mnie źle. Ale czuję się jak wyjście awaryjne.
     Niektórzy... Po prostu wiedzą, że mogą na mnie polegać i nie odmówię pomocy. Ale gdy już wszystko jest w porządku... o Zapomnianej... się zapomina. Stąd wzięła się moja nazwa. Koło ratunkowe, awaryjny przyjaciel.. to ja. Ja, o której nie warto pamiętać, gdy jest już dobrze. I to boli. Mimo tego, że ktoś jest wdzięczy za pomoc. Potem jednak zapomina. 
     Zapomnienie wypala dziurę w sercu. Trudno ją uleczyć i prawie zawsze zostaje blizna. Niektórzy robią dziurę, zalepiają ją tylko a potem znów odlepiają i tak w kółko. Dlaczego nie umiem powiedzieć 'nie'?
     Pod tym względem nie jestem asertywna. Pod każdym innym tak, ale nie jeżeli chodzi o taką pomoc. Co mam na to poradzić? 
     Czułam się potrzebna Emotowi. On chyba też czuł się potrzebny. Był potrzebny. Jest potrzebny. Ale... Ale co? Wyszedł z tego? Potrzebuje czasu? Przyjaciele nie potrzebują czasu. Zawsze tak myślałam. Może się myliłam. Ale wiem, że jeżeli już tydzień beze mnie nie robi mu różnicy... Reszta życia też nie zrobi.
     Emot ma zdolność wyłapywania z wypowiedzi jednego stwierdzenia, pytania itp. i zajęcia się nim. I tylko nim. Jest to dla niego bezpieczne. Umie się bronić, wzbudzić we mnie poczucie winy, zmienić temat. Myślę, że nie jest tego świadomy. Niepokoi mnie to, że w każdej rozmowie ze mną to się pojawia. Ale to raczej moja wina.
     Jestem rozdarta. Od początku byłam. Może nie tyle od początku co od poznania Gnijącego. Pokochałam go i oboje stali się częścią sensu mojego życia. W czasie, gdy Emot był... zajęty, to Gnijący zawsze był przy mnie. Często ich godziłam, mimo, że moje drugie 'ja' wiedziało, że ich związek i tak... nie ma przyszłości. Bałam się o to, jak będzie. O przyszłość. Ale nie przewidziałam takiego scenariusza.
     I znów rozdarcie. Z jednej strony: to super, że Emot dojrzał i znalazł siebie, a z drugiej... Co będzie z Gnijącym? Przecież on go kocha i... załamie się. I wiecie co? Gdyby Emot załatwił to inaczej. Delikatniej, wolniej... wszystko inaczej by wyglądało. Nie zwalam na niego winy, żeby nie było, ale... to wszystko się źle potoczyło. Poza tym bardzo szybko znalazł Charlotte i to było... bolesne. W szczególności dla Gnijącego. To nie było fair. W dodatku jego posty na blogu były... JEZU TO NAPRAWDĘ BOLAŁO. Z resztą pisałam już o tym, nie chcę się powtarzać.
     Nie napiszę, że moim marzeniem, jest żeby było jak dawniej, bo wiem, że marzenia się nie spełniają. Problem w tym, że ja naprawdę tego chcę. Może nie koniecznie tego, że Emot i Gnijący są razem, ale cała nasza cudowna trójka nadal się kocha i przyjaźni... 
     Nie ma sensu roztrząsać kogo to wina. Bo chyba każdego po trochu. Ale jak to naprawić? Chyba muszę się modlić o rozwiązanie tego, co się dzieje. Boli mnie brak Emota. Boli mnie to, że nie jestem mu potrzebna. Czuję się, jakbym straciła na wartości. Tak się czuję.
     Nie wiem jak ładnie zakończyć ten wątek. Może po prostu przeproszę. 


Emot.... przepraszam.
Przepraszam za:
zazdrość,
złość,
rozdrażnienie,
wściekłość,
przygnębienie,
ból,
strach,
za to, że się zmieniłam.
Choć wychodzę z założenia,
że nie był to mój wybór.
Za to, że nie umiem pojąć i zaakceptować zmian,
że nadal chcę być w Twoim życiu kimś ważnym.
Powinnam się schować.
Dać odpocząć.
Dać Ci możliwość ucieczki.
Bo jestem destrukcyjną osobą.
Przeproś ode mnie Charlotte.
I powiedz jej, że tak naprawdę jestem jej wdzięczna.
I że jestem o nią zazdrosna,
bo jest lepsza ode mnie.
I w tym momencie zachowywałam się
jak pusta, zazdrosna lala,
którą chyba jestem.
I nie uważam, że to jej wina.
Ona tylko (aż) Cię uszczęśliwiła.
Kocham Cię
i proszę, bądź szczęśliwy.
I jeżeli chcesz uciec...
zrób to teraz.



     Nie chcę opowiadać o Nim i o Niej. Nie pamiętam ja Ją nazwałam... Nic nie pamiętam. Po prostu teraz jest dobrze i to się liczy.
    Rozmawiałam z Nią ostatnio. To była bardzo oczyszczająca rozmowa. Przynajmniej dla mnie. I rozumiem Ją bardziej niż dotychczas. Zdałam sobie też sprawę, z paru rzeczy. Ostatnio jest taki czas, gdy doznaję olśnienia. Tak było przy tej rozmowie, przy czytaniu książek, czy przy rozmowie z bibliotekarką. 
      Pani bibliotekarka z biblioteki publicznej jest niesamowitą osobą. Jesteśmy w sumie podobne do siebie. Potrafi mnie zrozumieć. I wcale nie czuję tego, że jest w wieku mojego taty. Choć naprawdę nie wygląda. Rozmawiamy o niej, o jej dzieciach, rodzicach, młodości i błędach w życiu, ale również o mnie, o Nim, o Kawie, o tym jak się czuję psychicznie, czego się boję i co tak naprawdę czuję.
     Ostatnio rozmawiałam z nią o tym, że A wyjechał za granicę i już nie wraca, że z Nim i Gnijącym nie mogę się spotkać, że Kawy często nie ma w szkole i nie zawsze mogę z nią porozmawiać, o Emocie nie wspominałam. Nie wiedziałabym, co mam jej powiedzieć. W pewnym momencie popatrzyła na mnie i powiedziała naprawdę cicho i delikatnie
"Ty chyba czujesz się bardzo samotna..."


     Miała rację. Ma rację. Zacisnęłam usta w kreskę, zgięłam palce, a potem przygryzłam wargę i pokiwałam głową ze łzami w oczach.  Tego dnia dużo razy mało się nie rozpłakałyśmy. Tak naprawdę jest jedyną osobą, z którą potrafię rozmawiać. Nie pisać, tylko rozmawiać. Nie umiem rozmawiać z nikim. Nawet z mamą. I nie prawda, że to przez internet, bo tak było od zawsze.
     Nawet jak byłam mała, pisałam mamie listy gdy o coś chciałam poprosić, albo przeprosić. I chyba tak mi zostało. Muszę się spieszyć, bo mam dużo lekcji i naprawdę dużo do opisania.
     Jak już wspominałam, A wyjechał za granicę na stałe. W głębi duszy czułam, że tak będzie, ale również miałam nadzieję, że jeszcze nie teraz. 


     Tak naprawdę nie pożegnał się ze mną, nie wyjaśnił nic. Wyjechał bez słowa, mimo że o tym wiedziałam i oznajmił, że nie wraca dopiero gdy sama zaczęłam do niego pisać. Miałam o to żal. Ale przeszło mi, bo to A. Na A nie da się gniewać. A ma urok w sobie, który każdego kasuje. 
     Piszemy od czasu do czasu, interesuje się mną, mówi, że przyjedzie w wakacje i pójdziemy na spacer. Tęskni za moimi rozkminami, ale... wiem, że tam jest mu lepiej. Cieszę się, że w końcu nie cierpi.
    Tylko, że teraz ja cierpię jeszcze bardziej. Gdy nie ma Kawy, Elf ma mnie w dupie i cała reszta świata też.. Nie ma nawet A. Nie ma go, żeby usiadł obok mnie na ławce i zapytał jak leci. Nie ma A, żeby zabawnie uderzyć moją rękę, gdy się przypadkiem skaleczę. Nie ma A, żeby posłuchać, zrozumieć, wyjść i pomilczeć. Nie ma. Nie sądziłam, że aż tak bardzo będzie mi go brakowało...


     Z resztą nie tylko za nim tęsknię. Co mam powiedzieć o Gnijącym, albo Nim? Gnijący ma daleko, w dodatku mój laptop się zepsuł (nie wspominam, że jestem wściekła i zrozpaczona na myśl, że moje wszystkie dane mogą zginąć) i nie mogę go widywać nawet na Skype. W dodatku mam wrażenie, że jest z nami coraz gorzej. Coraz smutniej i bardziej beznadziejnie. Chcę znów się z nim śmiać. Co się dzieje?
     Z Nim jest w sumie dobrze. Teraz. Nie chcę o tym pisać. Nie chcę znów płakać. Problem w tym, że kolejną rzeczą z jakiej sobie sprawę, jest to, że tak właściwie... nie wiem co do Niego czuję! Wiem, że brzmi to dziwnie, ale... ale tak jest. Wiem, że go kocham. Ale czy jestem zakochana? Mogłam przyzwyczaić się do tego uczucia. W sumie to ono może mnie blokuje? Tylko, że mi w tym układzie jest dobrze. Może nie do końca, bo brak mi tego realnego kontaktu, ale wolę to niż... inne czasy, które przeżywaliśmy. W zasadzie boję się wykroczyć poza to, co jest teraz. Jak wspominałam... nie umiem rozmawiać. I myślę, że On może się tym rozczarować.


     Kolejna rzecz, z której zdałam sobie sprawę, to EGZAMINY! Przecież to już w kwietniu. Nauczyciele (chyba pierwszy raz) mieli rację. Ten czas bardzo szybko zleciał. A ja nie umiem nic. Staram się wkuwać, ale nie mam pojęcia jak mi to idzie. Przede mną ciężki czas i nie wiem jak to przeżyję. W końcu w klasie, do której startuję, jest tylko 28 miejsc. Czuję, że wyląduję jednak nie tam, gdzie chcę. Boję się tego co będzie. Naprawdę. 


     Pozytywy? Czytam dużo książek, muszę przygotować zdjęcia do konkursu szkolnego i opowiadanie, a raczej 'mini książkę' na konkurs Victora i wiele innych rzeczy, które mnie zajmują. Muszę poprosić Jego o pomoc, ale on i tak ma dużo na głowie. No i ma Ją. Więc... będę musiała sobie jakoś poradzić
     Chcę na koniec podziękować. Trzem osobom. 


Kawa!
Jesteś ze mną, 
z markotną
i niezmiernie wkurzającą mną.
Znosisz mnie.
Ostatnio nawet zmusiłaś do wypłakania się!
Za co ogromnie Ci dziękuję.
Mimo że wiem, że czasem nie jesteś
w stanie mnie zrozumieć,
słuchasz i po prostu jesteś.
Przepraszam, że...
(jestem tego [po czasie] świadoma)
nie daję Ci normalnie żyć.
Przepraszam za moje fochy
i inne głupoty,
na które nie zasługujesz.
I przepraszam, że nie jestem
przyjaciółką na jaką naprawdę
zasługujesz.
I proszę.
BŁAGAM!
Gdy jest coś ze mną nie tak,
gdy jestem wredna,
okropna,
zła i nie do wytrzymania...
powiedz mi o tym.
Mów i ściągaj na ziemię!
Kocham Cię Stara.

Gnijący!
Bez Ciebie...
nie wiem co bym zrobiła.
Dziękuję, 
że gdy jestem w rozsypce
próbujesz mnie składać jak puzzle.
Dziękuję, że mnie nie olewasz,
nie wypominasz licznych,
licznych,
licznych, licznych 
błędów.
Że nie wierzysz we wpojoną mi prawdę.
Że nie przyznajesz
mi racji i jesteś uparty.
Przepraszam, że nie umiem Ci pomóc....
Przepraszam,
że nie jestem taką przyjaciółką,
na jaką naprawdę
zasługujesz.
Dziękuję za książki,
które pomału zmieniają mój świat.
Dziękuję, że jesteś i przepraszam,
że czasem jestem
nie do wytrzymania.
Kocham Cię bardzo, bardzo mocno
i tęsknie.

Kochanie!
(Bo ja inaczej to zacząć O,o?)
Dziękuję, że pomogłeś mi zdobyć
z geografii 3,
że dałeś nadzieję,
że znów dałeś nadzieję,
i że dałeś natchnienie.
Dziękuję, że jesteś gdy do Ciebie napiszę,
że nie oceniasz mnie od razu,
że starasz się zrozumieć.
Dziękuję za naszyjnik.
Jest dla mnie najbardziej wartościowym naszyjnikiem,
jaki kiedykolwiek miałam.
Przepraszam,
że nie jestem taką przyjaciółką
na jaką zasługujesz.
Przepraszam, że pewna cześć mnie
zawodzi.
Przepraszam, że zazwyczaj
nie mogę przy Tobie być
tak jak bym chciała.
Przepraszam, że czasem
jestem nie do wytrzymania.
Że panikuję i
robię z igły widły.
Że nie zawsze
jestem w stanie Ci pomóc...
Kocham Cię 
i strasznie tęsknię...

FRIENDS ♥

Zapomniana


wtorek, 4 marca 2014

4 marca 2014

     Jestem w szkole, mam wolną godzinę i wielką potrzebę wyrzucenia wszystkiego z siebie w tym momencie. Nie mam ochoty wchodzić na tumblr i szukać obrazków, co pewnie i tak zrobię jak wrócę ze szkoły. Albo i nie... ciężka sytuacja w zasadzie.
     Od wczoraj wszystko zapowiadało się beznadziejnie. Choć raczej wcześniej niż wczoraj. Moja babcia ma problemy z sercem i nie jest z nią najlepiej. Mama powiedziała, że chciałaby do niej jechać i wczoraj załatwiła sobie urlop. Była zajęta pakowaniem, pouczaniem, załatwianiem wszystkiego co potrzebne i położyła się tak wcześnie, że nie miałam okazji jej nawet przytulić. Powiedziałam sobie, że dziś rano to zrobię, ale gdy wstałam jej już nie było. Tata nie patrząc na mnie powiedział, że o piątej już wyjechała i w tym momencie jest jakieś dwieście kilometrów od domu. Smutno.
     Wczoraj był dzień organizacyjny. Przydzielenie obowiązków, zadań i tak dalej. Mam odbierać moją siostrę z podstawówki, gotować, sprzątać kuchnię. D musi sprzątać pokój, a M tylko korytarz. Wspominałam, że nienawidzę być najstarsza? Jeżeli nie, to wspominam. 
     Oprócz tego mnóstwo pouczeń, żeby pomagać babci, żeby jej nigdy nie odmawiać, utrzymywać porządek, przytakiwać wujkowi i tak dalej. Z tym przytakiwaniem wujkowi to jest cięższa sprawa, bo on mówi swoje, często coś denerwującego i ubliżającego, ale nie mogę nic odpowiedzieć, bo okazałoby się, że jestem niewychowana. Dlatego nauczyłam się go ignorować. Na co dzień, ale gdy codziennie przychodzi pięć razy i ciągle ględzi...psychika musi być naprawdę silna, by sprostać takiemu zadaniu, a powszechnie wiadomo, że ja silnej psychiki nie posiadam...
     Wczoraj przyszedł i zaczął gadać o wojnie. Ja jak to ja zdenerwowałam się i przestraszyłam. Ale nic nie przebije jego zdania skierowanego do mojej mamy: "Tylko, żebyś wróciła...". Myślałam, że wstanę i: a) albo rzucę się na niego b) albo zacznę krzyczeć c) albo 'wymownie' pójdę do pokoju. Ostatecznie siedziałam gdzie siedziałam, a gdy wszyscy wyszli- rozpłakałam się.
     Dziś w szkole też nie zapowiadało się za 'fajnie'. Wobec tego, że miały być trzy kartkówki z geografii, matematyka i chemia. Wczoraj próbowałam się uczyć, ale nie zdołałam. Gnijący chyba przeze mnie dostawał szału... (przepraszam...). Napisałam do Niego, ale nie odpisywał. I sobie płakałam. Potem odpisał i trochę mnie uspokoił, ale nie ważne. To znaczy ważne, ale nie do tego zmierzam.
     Okazało się, że zrobiła nam jedną kartkówkę z tego, czego akurat W OGÓLE nie ogarnęłam. W czwartek (chyba, już nie wiem) kolejna. No i tak się zaczął dzień. Potem chciałam napisać do mamy. Siedziałam pod grzejnikiem na korytarzu i wyjęłam telefon. Nie zauważyłam tylko jednego, istotnego szczegółu. Pani dyrektor... Podeszła do mnie z szatańskim uśmiechem na twarzy i wyciągnęła rękę. Na nic nie zdały się błagania...
- Kiedy mogę spodziewać się zwrotu?
- Gdy na przykład mama po niego przyjdzie.
- Mamy nie ma - pytający wzrok- na Ukrainie/
- To tata, babcia, ciocia, wujek.
- Nic... nie mogą.
- Kiedy mama pojechała?
- Dziś...
- No cóż. Ktokolwiek...- podreptała swoją drogą, a ja schowałam głowę w kolana i... zaczęłam ryczeć.
     Nie dość, że chciałam napisać do mamy, to dodatkowo czekałam na jakiegoś sms a od niego, bo wysłałam mu wiadomość. Nie mogłam się opanować... no nie mogłam. Płakałam, ryczałam i na EDB również. Nie wziął mnie do RKO i jestem mu za to wdzięczna, bo zaczęłabym uciskać klatkę manekina i w pewnym momencie płacząc wtuliłabym się w plastikowego człowieka....
     Ale oddała mi go. Ale z takim tekstem, że znów ryczałam... Opowiem o tym później. Teraz idę, bo wf (i tak nie ćwiczę). Postaram się jeszcze coś dziś dodać... Miłej reszty dnia.

Zapomniana

PS: Zastanawiam się, czy znów nie zacząć liczyć dni.


piątek, 21 lutego 2014

21 luty 2014

     Parę spraw przydałoby się opisać. Między innymi plany na przyszły tydzień, urodziny Kawy, walentynki i paczka od Gnijącego. Wszystkie te sprawy były dosyć istotne, ale nie miałam siły pisać. Teraz też nie mam, ale Gnijący mnie od rana, a właściwie to od wczoraj, męczy. Zaczniemy od początku czy od końca? No to się zaraz okaże. 


     To od końca. Co w przyszłym tygodniu? Podobno mam jechać do Niego na noc. Jestem tym... nawet nie wiem czy faktem, ale zdenerwowana. W dodatku słyszałam, że mają być jeszcze INNI! Z jeden strony łaaaał *3* a z drugiej... łoł. Chciałabym go najpierw usłyszeć. Jestem gotowa odebrać telefon. Nie zadzwonić, ale odebrać. Muszę dziś z nim pogadać na ten temat bo nawet nie wiem jak przekonać mamę! Mam problemy z przekonaniem siebie, a co dopiero mamy! Tak czy inaczej chciałabym jechać. Chciałabym go dotknąć, zobaczyć, w końcu poznać realnie i móc powiedzieć, że znajomości internetowe mają szansę na dalszy przebieg w realu... Ehh. Jeszcze o tym pewnie wspomnę.



     Urodziny Kawy można spokojnie podzielić na kilka rozdziałów: 1) 10h tworzenia prezentu dla niej 2) piękne, proste plany 3) przygoda 4) przetrwanie 5) bezpieczeństwo.

     Dzień przed jej urodzinami w końcu wzięłam się za tworzenie prezentu. Kupiłam jakiś czas wcześniej szklaną butelkę z korkiem i postanowiłam wykorzystać moją nową umiejętność robienia papierowych gwiazdek origami. DZIESIĘĆ GODZIN JE ROBIŁAM. Paznokcie, palce mi odpadały. Myślałam, że zacznę płakać z bólu, ale było warto! Wyszło ślicznie. Mam zdjęcia tylko z telefonu, ale to było coś takiego:


     No i rano gdy moje dłonie już doszły do siebie przyszła pora na wymyślenie co będziemy robiły. To, że nocowanie to było pewne, ale pozostała kwestia reszty dnia. Razem z Kawą i Cichą Wodą Brzegi Rwącą xD pomyślałyśmy, że pojedziemy albo do stolicy albo na miasto. No moja mama nie zgodziła się na Warszawę, a ja nie chciałam do miasta. Jednak cóż... Pojechałyśmy.


     Zaczęło się całkiem okej. Nie spóźniłyśmy się na pociąg, poszłyśmy na ten peron co trzeba i nawet wsiadłyśmy do właściwego pociągu. No i potem nie przegapiłyśmy stacji! A potem... Chciałyśmy dość do galerii.
     Kawa dobrym GPSem nie jest! Przy przejeździe były jakieś roboty. Błota w cholerę, ci wkur...zający robotnicy i ogólnie kicha. Ale idziemy! Nic nam nie straszne. Jednak coś mi się nie zgadzało... Dzwonię do taty. IDZIEMY NIE W TĄ STRONĘ! Trzeba się wracać... Myślałam, że mnie szlag trafi i miałam nadzieję, że to jednorazowa przygoda. Gunwo prawda! 
     Przeszłyśmy przez te tory ale nadal nie wiemy gdzie jesteśmy. Ponowny telefon do taty. Dobre pięć minut zajęło wytłumaczenie gdzie właściwie się znajdujemy. Zapomniana na maska zdenerwowana, Kawa z CWBR szczą ze śmiechu ale jakoś udało nam się dowiedzieć gdzie iść. Trochę nam to zajęło, ale gdy zobaczyłam już szyld z Media Markt... myślałam, że oszaleję ze szczęścia mimo, że nie było tego po mnie widać. 
     W samej galerii nie zabawiłyśmy zbyt długo. Okazało się, że ja sama pojechałam tam, żeby zjeść Monsterki....Potem trzeba było się zbierać, więc zadzwoniłam do taty, żeby spytać się jak dojść do peronu szybciej. Według jego wskazówek ruszyłyśmy w stronę wiaduktu. Miałam wrażenie, że przegapimy ten pociąg i będzie trochę głupio, ale co tam. W pewnym momencie z wiaduktu odchodziły schodki. Patrząc z góry na drogę prowadzącą do peronu pomyślałam, że będzie to najszybsza droga. I miałam rację. Gdyby nie jeden mały fakt....


     Nasza przeprawa przez tą drogę wyglądała mniej więcej tak... (patrz na zdjęcie powyżej) .Okazało się, że przez roboty drogowe wszędzie jest błoto, woda i przejść jest niesamowicie trudno. Głowa zaczęła boleć mnie mocniej, zakręciło mi się w niej i Kawa musiała mnie trzymać, ale zaskakująco szybko przechodziłyśmy przez to... dosłownie (!) bagno. Spojrzałyśmy na zegarek... Oł boj... Nie ma szans. I tak wkrótce machałyśmy do przejeżdżającego obok naszego pociągu.... A kiedy następny? Za godzinę. 
     Dotarłyśmy do peronu, usiałyśmy, ponarzekałyśmy, znaczy bardziej ja, bo Kawa ciągle się śmiała no i potem taki dylemat... CZY TO TEN PERON?! I rozkmina. W końcu okazało się, że nie no i musiałyśmy przejść na inny. Tam przynajmniej ławki były czyściejsze. No i czterdzieści minut czekałyśmy na pociąg... A gdy przyjechał byłyśmy przemarznięte, brudne, głodne i szczęśliwe. 


     No i trzeba było iść na zakupy, bo noc długa a w domu nic do jedzenia. Poszłyśmy do pierwszego sklepu i jeszcze nigdy nie zrobiłyśmy tak szybkich i dużych zakupów! Co zmęczenie robi z człowiekiem... No i wróciłyśmy do domu. Chwała Bogu!

     No i jadłyśmy, piłyśmy, oglądałyśmy bajki, Pamiętnik i dwa odcinki mojej dramy DBY. Kocham! No i zasnęłam... nie pamiętam o której, ale dziewczyny trochę później. No i grałyśmy w pytania. Parę razy udało nam się siebie zażyć, ale wiemy o sobie tyle, że ta gra przestaje być zabawna.
     Rano znów oglądanie bajek no i czekanie na Niego. Jednak nie doczekałam się. No i ciocia oczywiście powitała nas pytaniem 'Co zjecie'. Nie lubię jeść od razu po obudzeniu. No ale jak się ciotka uprze to nie ma zmiłuj xd No i potem dom. I!!!! Teraz przejdę do walentynek xd



     Impreza to była katastrofa i nawet nie warto jej wspominać. No ale po szkole przed imprezą przyszła Kawa i otworzyłam paczkę od Niego ♥.♥ Dostałam trzy prześliczne srebrne bransoletki w pudełku w kształcie serca. Dużo, dużo, dużo słodyczy w tym takie słodkie cukierki podobne do tych na dole. Mam jeszcze koszulkę walentynkową. No poprawił mi humor niesamowicie.


     No i po imprezie przyszłam do domu, chwilę pogadałam z Gnijącym i musiał gdzieś iść po czym oznajmił, że randkę przewiduje na godzinę 21. Tak też się stało. O 21 zadzwonił na skype. Ja w sukience (po imprezie), a on... w garniturze. To było takie słodkie. Mam tylko jedno zdjęcie w tym ubraniu, bo potem było mu nie wygodnie i się rozebrał xd


     Niewyraźne. Ahhh ten skype! No i potem nie działo się nic niezwykłego. Przebraliśmy się, pogadaliśmy jak zawsze. Byłam zadowolona ze swojej pierwszej randki. To zaszczyt, że mogła ona odbyć się z Gnijącym c: Potem zmęczeni położyliśmy się. Gnijący chyba był bardzo zmęczony, bo po proteście 'Nie zasnę' po minucie spał jak zabity xD No muszę dodać to zdjęcie!


     I tak spędziłam Walentynki. Nie było aż tak źle, jak mi się wydawało, że będzie. No i dzień po urodzinach Kawy przyszła do mnie paczka od Gnijącego. Bardzo wartościowa paczka. Sprawiła mi wiele radości i szczęścia, ale również popłakałam trochę przy niej. I pewnie jeszcze popłaczę.


     Trzy listy. Jeden wyjaśniający to, co znajduje się w paczce. Drugi- gdy miał doła i musiał się wygadać. Trzeci- pocieszający mnie. W każdym z nich wiele miłości. W drugim smutku, a w trzecim troski. Płakałam czytając. Jeden się trochę rozmazał bo nie mogłam powstrzymać łez. Dostałam też walentynkę. Nigdy śliczniejszej nie widziałam! Wysłał mi też rysunki (ALE NIE WSZYSTKIE), 'nasze' wyjątkowe zdjęcie, na którym podobno miałam alergię na coś o czym nawet nie słyszałam, ale szczegół. 


     Oddał mi jedną ze swoich ulubionych koszulek (jest super!) i dwie bransoletki. Jedna z Milki 'PRZYTUL MNIE', a jedna ze szpitala, którą miał na sobie podczas operacji, która się udała. To słodkie.. No i ZIOŁA PROWANSALSKIE?! XD Cynamon i bazylia od Niego i zioła prowansalskie od Gnijącego xd Dosyć zabawne, ale fajne.


      Oprócz tego zabawkę z Mc.Donalda, małego skrzata Mikołaja, którego kocham! Duuuużo słodyczy i wysłał mi książkę Johna Greena Gwiazd Naszych Wina. Zaczęłam czytać od razu. Spodobała mi się. Realistyczna, pokazująca te prawdziwe życie pełne cierpienia i śmierci. Plus duża doza sarkazmu, który uwielbiam! Już wiem co sprowadzić do biblioteki ;) Nie wiem czy o czymś nie zapomniałam... A! No tak. Trzy lampki na baterię z Ikei. Wie, że boję się ciemności. Są cudowne :)


     To chyba wszystko. Już napisałam dużo i nie mam siły i w ogóle. Postaram się odezwać w tym tygodniu. Dziękuję Wam wszystkim, którzy ostatnio umilacie mi życie. Wybaczcie, jeżeli robię coś nie tak i proszę... Nigdy mnie nie zostawiajcie ;) Kocham, tulę, całuję. Do przeczytania!

Zapomniana